Mieczysław Piecyk

(Nie)zwyczajne życie Mietka

W

życiu trzeba być uczciwym. I choć za szczerość można dostać łupnia pod żebra, warto tej zasady się trzymać – podkreśla Silny jak Skała ze Szczawnicy.
Mietkowi uczciwość mocno dała się we znaki. Gdy inni lawirowali i za nic mieli przyzwoitość, bo tak łatwiej było osiągnąć sukces czy dorobić się kasy, on baczył na to, by godnie postępować. Nie piął się w górę po cudzych plecach, nie przepychał egoistycznie łokciami. Czasami za prawdę rzuconą w oczy odcierpiał swoje, ale twarzy – jak zaznacza – nigdy nie stracił.
Wiele razy miał pod górkę. Ojca z dzieciństwa nie pamięta. Matka, gdy był nastolatkiem, wyjechała do Stanów, cóż, wypłakać się nie było komu. Miał za to nieco starszego brata, na którego mógł liczyć. Na Miedziusiu w Szczawnicy miał rodzinny dom, a azyl nad Grajcarkiem, gdzie znał każdy kamień i wiklinę. Ryby na rękę łapał. Tam był naprawdę u siebie.
– Dobrze się uczyłem, ale zamiast nauki w głowie myśli biegały mi w różnych kierunkach. Wiadomo, jak to jest w takim wieku – mówi. – Raz przyjechał do nas kolega, którego brat uczył się w wyższej szkole pedagogicznej. On mi mówił: “Mietek, wypełnij papiery i wyślij, bo nie trzeba egzaminów zdawać”. Ja, zamiast iść na pocztę, miałem dansing – jeden, drugi, a potem trzeci, no i było po studiowaniu – dodaje.
Po maturze w technikum mleczarskim w Rzeszowie Mietek zatrudnił się w mleczarni w Jaworkach, gdzie pracowały głównie kobiety. Niewielki zakład przy Białej Wodzie miał wspierać baców wypasających owce na pobliskich halach. Pomysł ówczesnych władz, chętnie pokazywany jako “wzorcowy”, nie przetrwał próby czasu. – Tam wszystko wyrabiało się ręcznie, to taka mała manufaktura była, jedynie do mleka były automatyczne wirówki, ale co tam wchodziło – 10 tysięcy litrów, niewiele – wspomina. Oprócz rozmaitych serów w Jaworkach produkowana była także bryndza. – Początkowo jej proporcje były 75% na 25%, czyli 75% bundzu owczego, a 25% sera krowiego, potem było fifty-fifty, a na końcu te pierwsze proporcje się odwróciły. Pamiętam, że był pomysł, by oscypki robić w mleczarni. Miał mnie tego uczyć jeden baca. Niewiele osób wie, że oscypki pucy się w wodzie o temperaturze około 60 stopni. Dla bacy to było coś normalnego, ja, jak włożyłem ręce, to wyjąłem czerwone – to nie było dla mnie – dodaje. 
Mietek nie potrafił długo zagrzać miejsca w jednej pracy. Po zatrudnieniu w mleczarni dostał robotę w schronisku Orlica w Szczawnicy, potem w bufecie w restauracji Grajcarek, a następnie w Uzdrowisku Szczawnica. – Swego czasu Uzdrowisko miało sklep mięsny. To były czasy, gdy wędlinę dostawało się na kartki. Tam odpowiadałem za towar – opowiada. – Jak się praca skończyła w sklepie, byłem bramkarzem w restauracji Zdrojowej na placu Dietla, ale też nie na długo – dodaje. W międzyczasie zajmował się także pszczołami. – Jak mi babka zmarła, zostały mi ule, około 20. Z dawien dawna się mówiło, że pszczoły idą za gazdą… te u mnie zostały. W tym czasie wyobrażenie o nich miałem jak o “Pszczółce Mai”. Dobrze, że miałem kolegów, którzy mieli o tym pojęcie, przyszli, pomogli i nauczyli – dodaje.
W 1986 roku Mietek wyjechał po raz pierwszy do matki do Stanów. Potem jeszcze kilka razy ją odwiedzał, nigdy na dłużej nie chciał tam zostać. Za każdym razem, gdy lądował za Wielką Wodą, łapała go dziwna tęsknota i chęć powrotu do Szczawnicy. – Jak się języka nie umie, to jest się tam małym. Niby jest demokracja, ale Polaków tam nie szanują – przekonuje. Podobne rozterki przeżywał również we Włoszech, gdzie pracował jako budowlaniec. Miał wówczas okazję zobaczyć najpiękniejsze zabytki Rzymu. Do dziś pamięta zachwyt, jaki czuł, widząc Koloseum. 
Mietek różne rzeczy robił w życiu. Swego czasu zdobył uprawnienia przewodnika beskidzkiego II klasy i oprowadzał turystów. To jednak nie było to, co chciał w życiu robić. Poszukiwania trwały do czasu, gdy odkrył rzeźbiarstwo. Podstaw techniki uczył go chrzestny córki – znany szczawnicki artysta Henryk Zachwieja “Baltazar”. – Któregoś dnia Heniek dał mi jakieś sajty, parę dłutek i powiedział: “Rób, nie będziesz się nudzić” – tak się to zaczęło- opowiada.
Obudzona pasja stała się sposobem na życie. Choć Mietek do kościoła od lat nie zagląda, spod jego ręki wychodzą wyjątkowe rzeźby świętych. Metrowy święty Krzysztof, wystawiony dzięki Annie Madei w Jaszczurówce w Zakopanem, szybko wyjechał do Anglii. Podobnie było z kupującymi z Afryki. – Na przystani w Szczawnicy moja koleżanka sprzedawała pamiątki. Zostawiłem jej parę rzeźb, jedną z nich – Frasobliwego – postanowiły kupić zakonnice, które akurat przechodziły deptakiem. Mojego Jezusa zabrały ze sobą do kaplicy do Mozambiku – wspomina.

tekst: © Aneta Dusik
foto: © Bartłomiej Jurecki 

Fotografie prezentowane na tej stronie są chronione prawem autorskim. W razie zainteresowania proszę o kontakt.

2018 © Copyrights Bartłomiej Jurecki
Website design by britanniaweb.co.uk with a support of lovePoland.org