Stanisław Rychtarczyk

Jak na warcie przy wojsku

J

ak się idzie z redykiem, to łzy same lecą z oczu, bo to piękny widok – Stanisław Rychtarczyk z Rusinki całe życie spędził z owcami.
Rusinowa Polana. Roztaczają się z niej piękne widoki na Tatry Wysokie, krzyżują się tu szlaki turystyczne. To tutaj przez całe lato bacuje Stanisław Rychtarczyk. I tak od 35 lat. Przy owcach pracuje od 6. roku życia. Dziś ma 65 lat. Ze strony matki pochodzi ze znanej bacowskiej rodziny Murzańskich z Gronia. – Ujek Jan Murzański wziął mnie za swojego syna. On bacował jeszcze na Polanie pod Mnichem i ja byłem z nim nad Morskim Okiem. Gdy chodziłem do szkoły, to wszystkie wakacje tam spędzałem. Pomagałem owce naganiać. A później, po skończeniu nauki, to byłem przy ujku cały sezon – wspomina. Pod Mnichem stado przebywało tylko 2 miesiące, a potem schodziło na Rusinową Polanę, gdzie Jan Murzański miał swój szałas i szopę na siano. – Kiedyś polana należała do ponad 20 gazdów. Była calutka koszona, a owce las czyściły. Krowy też się pasły po lasach. I las rósł, i siano było, a zimą zwoziliśmy je do wsi. Szałas się spalił, a szopa na krowy została. Przeniosłem ją bliżej wody – tłumaczy Stanisław Rychtarczyk.
Baca opowiada tylko o owcach i o Rusinowej Polanie. – Kiedyś było tu całe osiedle pasterskie, składające się z 20 budynków. W 1978 r. zostało już tylko 7 szałasów, a dzisiaj jest zaledwie 5 – zaznacza. W 1996 r. spłonął najstarszy z nich, szałas wujka wybudowany w 1875 r. Po wprowadzeniu przez ówczesne władze zakazu gospodarki pasterskiej w Tatrach Jan Murzański z niezwykłą wytrwałością powracał z owcami na Rusinową Polanę. Był wielokrotnie sądzony i karany grzywną za nielegalny wypas, aż do 1978 r., kiedy to ostatecznie usunięto go z Tatr. W 1981 r. udało mu się powrócić z owcami na Rusinową Polanę w ramach wypasu kulturowego. Przez czas towarzyszył mu Stanisław Rychtarczyk.
Baca na nic nie narzeka poza tym, że trudno o juhasów i pomocników, którzy potrafią uciec w środku sezonu. – Bacowanie trochę się zmieniło, ale niedużo. Robota ta sama. Odpowiedzialność ta sama. Do pracy przy owcach musi być chęć, ale i powołanie – podkreśla baca. – Niektórzy by tego nie wytrzymali. Dzień w dzień ta sama robota. Przy owcach trzeba być już o czwartej rano, niezależnie od tego, czy leje, czy grzeje, czy święto. Tak całe boże lato – zaznacza.
Stanisław Rychtarczyk na chwilę się zamyśla. – Jak się idzie z owcami, to łzy same lecą z oczu. Ze wzruszenia, bo to piękny widok – mówi z przekonaniem. Cieszy się, że może przebywać w górach. Nie przeszkadza mu sąsiedztwo rezerwatu przyrody, które stwarza pewne ograniczenia, a nawet krążące wokół bacówki drapieżniki, chociaż czasami wyrządzają szkody. – Ja się więcej boję wilka jak niedźwiedzia, bo nawet w biały dzień zaatakuje. Trzeba być cały czas czujnym, jak na warcie przy wojsku. W nocy niby się śpi, a każdy jeden ruch i szmer się słyszy – tłumaczy.
Na Rusince Stanisław Rychtarczyk wypasa 120 własnych owiec, bo tyle mu wolno. Wszystkie produkty sprzedaje na miejscu. Od lat przychodzą tu specjalnie na żętycę stali goście. Baca podkreśla, że na Krupówkach i pod Gubałówką nie ma jego bundzu czy oscypków, bo zdarzały się przypadki, że handlarze, zachęcając turystów do kupna swojego towaru, mówili, że pochodzi z Rusinowej Polany.
– Ciągle się słyszy, że gospodarka się nie opłaca. Wszystko się opłaca. I owce, i świnie, i krowy. Serwatkę wozimy z Rusinki dla świn, bo fajnie na niej rosną. U mnie nic się nie zmarnuje – przekonuje. W zimie Rychtarczykowie zajmują się wyrobem serów z krowiego mleka. – Owce, krowy na siebie zarobią, ale trzeba się napracować – dodaje.
Pan Stanisław zszedł już ze stadem na Głodówkę, bo tutaj też ma swój szałas. Będzie tu do pierwszego śniegu.

tekst: © Jolanta Flach
foto: © Bartłomiej Jurecki

Fotografie prezentowane na tej stronie są chronione prawem autorskim. W razie zainteresowania proszę o kontakt.

2018 © Copyrights Bartłomiej Jurecki
Website design by britanniaweb.co.uk with a support of lovePoland.org