Tomasz Gąsienica Mracielnik

Mraźny góral

W

 życiu nie można dać się zjeść – komercji, gonieniu za dudkami, za dobrobytem. Są ważniejsze rzeczy – przekonuje Tomasz Gąsienica Mracielnik.
W tej hierarchii rzeczy ważnych – według zakopiańskiego ratownika i muzykanta – na samej górze jest rodzina. Zaraz potem tradycja, ta góralska oczywiście. A hasło Bóg Honor Ojczyzna to dla górala z Krzeptówek nie tylko pięknie brzmiące słowa, ale coś, co głęboko nosi w sercu. I co – jak twierdzi – udało się zaszczepić dzieciom. Trójce synów i córce. – Mom dziewke i troje dzieci – przekłada na góralski, puszczając oko. – Tak, jak się dziewczynka urodziła w góralskiej rodzinie, to się mówiło, że się urodziła dziewka, a jak chłopiec to, że się urodziło dziecko – wyjaśnia. To, że patriarchat w domu Mracielników jest wyrazisty, wychodzi podczas rozmowy na każdym kroku. Słowo głowy rodziny święta rzecz. Dzieci, choć już dawno dorosłe, szacunek dla ojca mają mieć i swoje miejsce znać. – Porządek musi być – zwięźle ujmuje rzecz pan Tomasz. – Jak idę do kościoła i słyszę na początku kazania “Drogie siostry i bracia”, to aż mnie skręca ze złości. Przecież powinno być “bracia i siostry”. To nawet lepiej brzmi – przekonuje.
Tomasz Gąsienica Mracielnik pochodzi ze starego rodu góralskiego z Krzeptówek. – Dokładnie to wychowałem się na Mraźnicy, stąd przydomek Mracielnik, a mraźny po wołosku znaczy groźny – tłumaczy. I coś w tym jest, bo u górala tak znaczy tak, nie – nie. Nie ma żartów. Ani dyskusji. Dzieci – nieważne, ile mają lat – muszą ojca słuchać. – Jak syn, choć już szło mu pod trzydziestkę, szedł na zabawę, to jak powiedział, że będzie o danej godzinie, to musiał być – mówi.
Tomasza zahartowało życie. Kiedy miał 11 lat, ojciec zostawił rodzinę, a dwa lata później umarł. Nastolatek musiał szybko wydorośleć i przejąć obowiązki głowy rodziny. – Mama pracowała w guzikarni, szła rano do pracy, a my z młodszym bratem musieliśmy zrobić wszystko na gazdówce, a potem dopiero mogliśmy iść do szkoły – wspomina. Jak miał 14 lat, zarabiał już koszeniem. – Łatwo nie było – kwituje krótko.
Swoje życie dzieli na dwa okresy – przed ślubem i po. Ślub ze swoją żoną uważa za najważniejszy dzień w życiu. Przełomowy. Ten czas przed ślubem był dla Tomasza burzliwy. – Byłem zbójowaty – zamyka rozmowę. Drugi okres – po ślubie – diametralnie inny. To był okres, kiedy nie tylko się uspokoił, ale i nauczył się odpowiedzialności. Poświęcił się rodzinie.
Z zawodu Tomasz Gąsienica Mracielnik jest mechanikiem. Za młodych lat przez jakiś czas pracował jako kierowca. Potem założył własną firmę “Msorzy” – zajmującą się – jak sama nazwa wskazuje – mszeniem domów. W 1991 r. został busiarzem. A że czasy sprzyjały prywatnej działalności, wożąc turystów, objechał swoim autokarem całą Europę. Już wcześniej, bo od 1978 r., zaczęła się jego przygoda z TOPR-em, w którym działa do dzisiaj.
Temat gór cały czas wraca podczas rozmowy. Nad stołem wisi fotografia z wyjścia na Mont Blanc. – Kocham góry i dużo w nich spędzam czasu – mówi. – Teraz to już z wnukami chodzę – dodaje z dumą. Jest się czym chwalić, bo ma 5 wnuków i 3 wnuczki. Te starsze połknęły po dziadku nie tylko bakcyla gór, ale i folkloru (są w zespole “Poloniorze”).
Ważne miejsce w życiu Tomasza zajmuje bowiem także muzyka góralska. Do niedawna można było jeszcze posłuchać rodzinnej kapeli, w której Tomasz grał ze swoimi dziećmi. – Jak pozakładali rodziny, trudno ich do kupy pozbierać – mówi. Czasem jednak udaje się jeszcze wspólnie zagrać.
Niespodzianką jest garaż pana Tomasza, a w nim dowody kolejnych pasji. Jest w nim jawa 175, do dzisiaj na chodzie. Jest maluch z 1982 r., którym jeździ czasem na dyżur do TOPR-u. Jest piękna, lśniąca honda goldwing 1500, którą wkrótce wybiera się na wyprawę po Słowacji z ekipą motocyklistów z Lublina.
Wygląd i osobowość Tomasza była powodem zaproszenia do udziału w różnych artystycznych przedsięwzięciach. Zagrał m.in. jednego ze zbójników w “Harnasiach” Karola Szymanowskiego. W cyklu filmów “Zdobywcy Karpat”, przedstawiających sylwetki osób zasłużonych dla Tatr, Mracielnik był nie tylko konsultantem, ale odgrywał różne historyczne postaci – m.in. Mieczysława Karłowicza. Film prezentowała kilka lat temu TVP. Jego twarz w telewizji pojawiła się także w kilku reklamach.
Kiedy zaczynamy mówić o rzeczach istotnych dla pana Tomasza – powtarzają się dwa słowa – rodzina i tradycja. – Kiedy jest Wigilia, wszystkie dzieci u mnie są. Nie wyobrażam sobie inaczej – mówi. Cieszy go, że udało mu się w dzieciach zaszczepić miłość do góralszczyzny, tradycji, że synowie są w TOPR-ze.
Jakie przekazał im przesłanie? – Żeby się nie dali zjeść – odpowiada bez zastanowienia. – Żeby się nie dali zjeść komercji, nie dali zagonić za dobrobytem, nie gonili za mamoną – wyjaśnia po chwili. – Wiem, co mówię. Z biedy wyrosłem. Urodziłem się pod ławą, spod ławy się ciężko wystyrmać – mówi. – Panu się udało- stwierdzam. – Nic mi się nie udało – oburza się. – Ja się wystyrmałem pracą, wysiłkiem – tłumaczy.
Co uważa za swój największy sukces? – Że udało mi się dobrze wychować dzieci – odpowiada. – Jestem z nich dumny, nigdy za nich nie musiałem się wstydzić.
Marzenia? – Żebym się doczekał prawnuków i żeby mi zdrowie dopisywało. Bo nie sztuka żyć 100 lat, ale 20 lat ostatnich, żeby ci ktoś d… podcierał. Marzę, żeby nikt koło mnie nie musiał robić.

tekst: © Beata Zalot
foto: © Bartłomiej Jurecki

Fotografie prezentowane na tej stronie są chronione prawem autorskim. W razie zainteresowania proszę o kontakt.

2018 © Copyrights Bartłomiej Jurecki
Website design by britanniaweb.co.uk with a support of lovePoland.org