Andrzej Pałka

Jędrek się kulom nie kłaniał

K

ula z automatu nie wybiera – przeszyje nawet twardego jak skała harnasia. A rana postrzałowa jadzi się tygodniami.
Chałupa na samym wierzchołku Budzowskiego Wierchu w Czerwiennem jakby miała coraz mniej sił, żeby się przeciwstawiać surowej górskiej aurze. Ściany jakby się przygięły pod naporem wiatru. Nadwątlona przez spuszczele kalenica wygięła się wyraźnie pod ciężkim śniegiem. Pokrycie dachowe złożone z mozaiki: drewnianych gontów, płyt eternitowych i porudziałej blachy “wyje” mniejszymi i większymi wyrwami. Data wyryta na belce stropowej 1929 tłumaczy raczej opłakany stan gazdówki. Chałupę postawili Andrzejowi ojcowie na rok przed urodzeniem obecnego gospodarza.
Przez niewielkie, zmętniałe okienko pan Andrzej z utęsknieniem wypatruje zwiastunów 88. wiosny swego życia. Gospodarz o obliczu hardego tatrzańskiego zbójnika. Twarz otacza wieniec białych jak mleko, długich włosów układanych przez Andrzeja z wielkim pietyzmem przy pomocy starodawnego grzebyczka i specyfiku o dawno już zapomnianych – składzie i nazwie. Wyraźnie natomiast od tego hardego image`u odstaje Andrzejowe dobrotliwe spojrzenie.
Czy Andrzej jest twardy jak skała? Gospodarz nie potrafi się jednoznacznie zdeklarować. Fakty z życiorysu górala o białych włosach nie pozostawiają wątpliwości. W młodości mógłby być wzorcem góralskiego zawadiaki. Świadczą o tym choćby… blizny po kulach pod lewym ramieniem. Dziś gazda, podobnie jak jego chałupa, jest już nieco przytłoczony trudami długiego żywota.
Od najmłodszych lat Jędrek balansował na krawędzi. Jak miał zaledwie parę “roków” – w czasie wojny i krótko po jej zakończeniu – chałupa Pałków na Budzowym Wierchu była partyzancką kryjówką. Gospodarze mieli świadomość, że za taką działalność mogą nawet zapłacić głową. W czasach komuny też łatwo nie było. Cała rodzina żyła z uprawy ziemi i hodowli owiec. Mama Andrzejowa dodatkowo zajmowała się wyrobem sukna i szyciem góralskich portek. Interes szedł nawet nieźle. To i Andrzej się do maszyny do szycia szybko przyuczył. Potrafił miarę zdjąć, portki pięknie wykroić i wszystko do kupy pocerować. Do dziś o tamtych czasach przypomina stojąca w kącie starodawna maszyna do szycia.
Ale młodego Jędrka kusił jeszcze szybszy zarobek. Dziś budzowski gazda nie ukrywa, że w młodości potrafił nieźle zabaciarzyć. A że niczego się nie bał – łatwo “skumał” się z przemytnikami. Andrzej przekraczał graniczną linię nawet i parę razy w tygodniu. Najczęściej – w okolicach Jaworek i Szlachtowej. Zdarzało mu się zabawić za granicą i dłużej. Czas schodził na tańcach, zabawie, swawolach. Góral nie myślał o ryzyku. Kontrabandę stanowiły przedmioty codziennego użytku, których w ówczesnych czasach na półkach sklepowych nie uświadczyłeś. Nosił Andrzej w worze na plecach prosięta razem ze świętymi obrazami i całymi belami bawełny. Towar łatwo upłynniał po jednej lub drugiej stronie granicy, a później przychodził czas na balowanie. Podczas jednej z takich suto zakrapianych kilkudniowych balang po słowackiej stronie granicy Jędrka przydybali czechosłowaccy pogranicznicy. Góral ledwie trzymał się na nogach, ale nie byłby sobą, gdyby ucieczki nie spróbował. Kula wystrzelona z pistoletu maszynowego dopadła go na krawędzi dachu oberży. Przeszła pod pachą, o parę centymetrów omijając płuco.
Gdy Andrzej wytrzeźwiał w czechosłowackim areszcie, nie miał już złudzeń, że kule imają się nawet twardego jak skała zbójnika z Budzowskiego Wierchu rodem. Dziury po kulach nie chciały się goić. Rany ropiały i jadziły się nawet po tym, jak Jędrek po półrocznej odsiadce opuszczał areszt w Preszovie. – Oczywiście, że sobie nie dałem spokoju z przemytem. Dalej chodziłem na Słowację, ale trochę bardziej uważałem – uśmiecha się na samą myśl o czasach barwnej młodości.
Niska, mroczna izba o dwóch małych nieprzejrzystych okienkach to dziś całe Andrzejowe królestwo. Spod blachy na piecu bije żar. Wnętrze jest ciepłe i przytulne, mimo że panuje w nim iście “kawalerski” porządek. Środek izby wypełnia Andrzejowa garderoba. Gdy gospodarz potrzebuje ubrać się w coś lżejszego lub – częściej – cieplejszego, po prostu podchodzi do ogromnej sterty i sięga po kapotę, portki lub sweter. Zimno to coś, czego dziś najbardziej nie znoszą Andrzejowe kości. Nie dziwota, że oblicze gospodarza zasępia się na widok niedomkniętych drzwi, przez które “hula” mroźny wiatr. Dlatego, przybyszu, jeśli nie chcesz podpaść gospodarzowi, zawsze dokładnie zamykaj za sobą drzwi.
Pan Andrzej to zatwardziały stary kawaler. Oczywiście, że w młodości miewał przygody z płcią przeciwną, ale gdy przyszło do ożenku – Jędrek zapadł na ciężką żółtaczkę. Gdy doszedł do siebie, wszystkie panny w okolicy były już wydane, a i Andrzejowi jakoś tak bardziej w głowie była robota niż uganianie się za spódniczkami. I tym sposobem został się sam na świecie. Oczywiście, że pustelniczy los trochę przykry, ale są i dobre strony: święty spokój. Poza tym Andrzejowi dotrzymują towarzystwa cztery tłuściutkie i zadziorne kundelki, które wszczynają alarm, gdy tylko koło chałupy przewinie się jaka zbłąkana dusza. Jest też gazdówka, bo Andrzej, mimo że dobiega dziewięćdziesiątki, zaniechać roboty ani myśli. – Owce trzymam, będzie ich ze dwadzieścia. Pożytku z hodowli dziś za wiele nie ma, ale zajęcie jest – podsumowuje gospodarz i odprowadzając gości aż na podwórko, znowu zaczyna narzekać na łamanie w kościach. – Po co ja na tego słupa właziłem. Właśnie wtedy mnie tak połamało…

tekst: © Marek Kalinowski
foto: © Bartłomiej Jurecki

Fotografie prezentowane na tej stronie są chronione prawem autorskim. W razie zainteresowania proszę o kontakt.

2018 © Copyrights Bartłomiej Jurecki
Website design by britanniaweb.co.uk with a support of lovePoland.org