Mieczysław Stoch

Pod prąd

N

iby stary góral, siwe, długie włosy jak u Sabały, do muzykanckich instrumentów wielkie zamiłowanie, a tu i skoki spadochronowe, i czerwone berety, i praca w kopalni.
No i kawał goni kawał. Największy numer wywinął Mietek w stanie wojennym. Był 1982 rok. W wojskowym ośrodku w Kościelisku akurat miał robotę. Zeszło im z kolegą Jaśkiem do późna. A nie byle kto wtedy nocował na Groniku. – Idziemy, napijemy się wódki z Wojtkiem – rzucił Mietek. Jak powiedział, tak zrobili. Z flaszką wkroczyli do pokoju, obudzili Jaruzelskiego. Ten wstał zaskoczony, nie wiedział kompletnie, co się dzieje. Nagle wpadła ochrona z karabinami. – Nic nam nie zrobili, sprawie łeb ukręcili, a wartownicy dostali nieźle za brak ochrony – śmieje się dziś góral.
Mietek Stoch ma 58 lat i pracuje jako elektromonter. Zakład wysyła go od wsi do wsi, słupy wielkie naprawia, linie wysokiego napięcia. A przy okazji z ludźmi gada. O tym, co było i jest. Czasem go poproszą o ratunek, bo prądu nie ma. Czasem, żeby sąsiada przekonać, by prąd przez działkę puścił. A nieraz chcą się pozbyć starych gratów. Za parę groszy do domu przywozi ślady przeszłości. Wśród nich trafiają się perełki. Jak widzi coś pięknego, nie może przejść obojętnie. Ma miechy z kuźni, wielkie heble, strugi. Niejeden już obraz czy wiekową cuchę uchronił od ognia. Dziwi się, jak górale mogą niszczyć pamiątki życia swoich przodków. Przyjemnie jest na coś takiego wiekowego spojrzeć, naprawić, przywrócić do życia. – Mam na oku starą warszawę i audicę w dobrym stanie od znanej osoby. Amerykańska wersja w automacie. Tylko dwa tysiące sztuk wypuszczono na rynek. Nie ma ich już na świecie wiele – wyjaśnia kolekcjoner.
Sam potrafi wszystko wyreperować. Kocha sprzęty muzyczne, choć na nich nie gra. W domu ma nawet organy kościelne. Ścianę zdobią urokliwe złóbcoki, co w 1971 roku wygrały konkurs w Lublinie. Cuchę ma, co liczy 150 lat.
Urodzony w Dzianiszu. Ze Stochów, tych co za Wielką Wodą w Ameryce kariery robią. I z Kamilem Stochem też spokrewniony. Raz jako młody chłopak przyjechał na Krzeptówki koniem do roboty. A że jego przyszły teść w koniach zakochany, tak zaczęły się spotkania coraz częstsze. Teściowi koń się widział, a Mietkowi Marysia w oko wpadła. Dość że w rodzinę Gąsieniców się wżenił i tu dziś sobie ze ślubną siedzą. Ślubna gobeliny piękne robić potrafi. Dziś naszej rozmowy razem z córką Kingą pilnuje, żeby za dużo jakichś nieobyczajnych opowieści nie notować.
Szkołę średnią w Bytomiu kończył, trenował biegi narciarskie. Zawód elektromontera zdobył i pracował pod ziemią, w kopalni Miechowice. Zaprzyjaźnił się mocno z prawdziwymi Hanysami. – Oni na przyjezdnych mówili wulce. Gorale to całkiem co innego. Ubliżenie, gorzej niż ceper – zaznacza Mietek. Reprezentował kopalnię. Biegi narciarskie ćwiczył. Stypendia sportowe za Gierka były takie wysokie, że spokojnie można było żyć. Dziś kibicuje wnuczce, która z powodzeniem trenuje biathlon.
– Ojciec zawsze szedł pod prąd – śmieje się Kinga – bo to góral, z góralskiej wsi, a umyślił sobie górniczą szkołę skończyć i w kopalni pracować. W wojsku jako komandos w czerwonych beretach służył, ma dużo oddanych skoków ze spadochronem. W tamtych czasach trzeba było być nie tylko wysportowanym, ale i upartym, żeby się do komandosów dostać.
Służył w 16. Batalionie Szturmowym. Numer jednostki 2059. Numer broni 00433. Recytuje z pamięci.
Z żoną Marią w zespole “Holny” zwiedził cały świat. Najfajniej było we Francji, we Włoszech i w Hiszpanii. Jak świętej pamięci Jean Roche ich zaprosił. – Raz my się we Francji z kolegą zgubili i szliśmy środkiem drogi, szukając autobusu. Śpiewaliśmy z fasonem. A za nami potężny korek, ale nikt nie trąbi. Wołali tylko “Vive la Pologne!” Na szczęście udało nam się odnaleźć autobus, bo tak to byśmy musieli tam zostać – śmieje się Mietek Stoch.
Dowcipy trzymają się go cały czas. Wspominają jego kawały wszyscy. Jeden przez drugiego opowiadają o przetykaniu komina, o wizycie w przybytku uciech, o wielu innych wesołych historiach. – Raz dziadek ze Śląska na urlop przyjechał w prążkowanych spodniach – śmieje się wnuczka. – Poszedł na zabawę do Cichego. Wyśmiali go, że w piżamie przyjechał. A to był szczyt mody.
Choć nie najbogatszy, to zawsze pytany na starostę weselnego. Ludzie go cenią za szczerość, poczucie humoru. Nieraz wzywają go do napraw, a robi za negocjatora, do zgody przekonuje zwadzonych sąsiadów.
Żartuje, że jest błogosławiony między niewiastami. Dochował się 3 córek: Kingi, Dominiki i Marysi. Potem już poleciało: 4 wnuczki i jeden wnuczek: Karina, Berenika, Mia, Mateuszek i Bianka. Jak się dowiedział, że będzie spadkobierca, Mateuszek, to od razu sprawił mu białą cuchę i spinkę góralską. Zięciów też ma wesołych. Jeden to Węgier spod Budapesztu, a drugi flisak ze Sromowiec Niżnych.
– U nas nie ma cichych dni – mówi żona. – Jedno drugiemu nieraz musi ustąpić. Jak mają coś do siebie, to sobie wygadają, swoich żali się nie ukrywa. Żeby było jasne, o co chodzi. A dużo rzeczy trzeba zapomnieć i wybaczyć. Było, minęło. Na drugi dzień już jest lepiej. – A najmilej jest się godzić – śmieje się Mietek. Najważniejsze – nie wtrącać się do młodych. Nie wolno. W pracy prąd nieraz go popieścił, trzeba być bardzo uważnym. Przypomina, że znał gościa z Witowa, Kułach się nazywał, który gołymi rękami napięcie między fazami sprawdzał. Prąd przez niego przechodził i mu krzywdy nie robił. A on tylko mówił – prąd jest. Albo że nie ma. Mniej szczęścia miał kolega z Karpielówki. W Wigilię wszedł na słup przy domu, bo linię zerwało. Wiatr dmuchnął, urwaną linią pod napięciem dotknęło elektryka i było po koledze. Najgorzej, że z dołu syn na pracującego ojca patrzył.
Dlatego za dobre zdrowie i boską opatrzność trzeba dziękować. Rodziny, najbliższych pilnować, wspierać się w codziennym życiu i go nie utrudniać. Prawdę w oczy mówić, z uśmiechem do każdego podchodzić, z dobrym słowem. O przodkach pamiętać, co zrobili dobrego – szanować. Złego do serca sobie nie brać. A jak trzeba – śmiało iść pod prąd. Z prądem płyną tylko śnięte ryby.

tekst: © Rafał Gratkowski
foto: © Bartłomiej Jurecki

Fotografie prezentowane na tej stronie są chronione prawem autorskim. W razie zainteresowania proszę o kontakt.

2018 © Copyrights Bartłomiej Jurecki
Website design by britanniaweb.co.uk with a support of lovePoland.org