Helena Tylka

Helena Tylkowa Amerykanowa

B

yła jedną z najładniejszych góralek, jakie przyszły na świat na Gubałówce.
Jej urodę widać do dziś. Zawsze tryska humorem. Uśmiechnięta i wesoła, mimo że życie nigdy jej nie rozpieszczało. Urodziła piątkę dzieci, dwóch synów i trzy córki. Synów zabrała choroba, jak mówi góralka – poszli za ojcem. Widać, ich tam obu Bolek potrzebował.
Urodziła się na Gubałówce 11 maja 1935 roku. Helena Tylka z domu Karpiel. Miała sześcioro rodzeństwa, trzy siostry i trzech braci. Była najstarsza w domu. Wychowywała się w domu swojej cioci, która była bezdzietna. Wujek pochodził z Ojcowa, pracował jako maszynista na kolejce na Gubałówkę. Oboje troskliwie opiekowali się małą dziewczynką, choć nie byli bogaci. Gdy podczas wojny trafiła do szkoły powszechnej prowadzonej przez Niemców, zabrali z niej dziecko, chroniąc je przed agresywnym stróżem. Szkołę kończyła już w powojennej Polsce. Do Zakopanego zjeżdżała na nartach. W powrocie ze szkoły kolejką pomagało jej zawsze dwóch wujków pracujących na kolei. 
Helenka wyrosła na wyjątkowo urokliwą panienkę. Chłopcy zabiegali o jej względy, a najbardziej Bolek Tylka z Furmanowej. – Miałam zaledwie 16 lat i rzeczywiście byłam chyba ładna, bo nie mogłam się opędzić od chłopaków – wspomina Helena. Mama Bolka wróciła właśnie z Ameryki – stąd mieszkańcy Gubałówki nazywali ją Tylkowa Amerykanowa – i bardzo zachęcała Helenę do zainteresowania się Bolkiem. Udało się, 28 listopada 1950 roku 16-letnia Helena poślubiła 22-letniego Bolka. Dziewczyna nie była pełnoletnia, więc nie obyło się bez sądu, który musiał na takie młodociane zamążpójście wydać zgodę. Helena doskonale pamięta swoje wesele, a zwłaszcza śnieg, który wtedy zasypał Gubałówkę, tworząc potężne zaspy. Trzeba było chodzić w baciokach. Przejazd 80 gości po góralsku, saniami, nie był łatwy. Jedne z sań przewróciły się nawet. I to właśnie te z młodą parą. Niektóre złośliwe sąsiadki mówiły, że to zły znak i małżeństwo nie przetrwa zbyt długo. – Przetrwało 58 lat – śmieje się Helena Tylka. Mimo swoich niewielu lat Helenka potrafiła już w tym czasie zadbać o siebie. Zbierała i sprzedawała grzyby. Pomagała w kuchni w restauracji na szczycie Gubałówki. Była bardzo pracowita. Gdy na świat przyszedł Kazio, miała zaledwie 17 lat. Później dzieci rodziły się prawie co dwa lata. Okres szkolny swoich dzieci Helena uważa za najszczęśliwsze czasy w jej życiu. Wszystkie dobrze się uczyły, były mądre i utalentowane. – Dziewczynki uczyłam gotować, robić na drutach, wyszywać makatki – wspomina góralka. Tylko najstarszy Kazio szedł bardziej drogą zainteresowań ojca Bolka. Cieszyła go stolarka, ciesielka i maszyny. Bolek sam potrafił je konstruować. Robił dla siebie, a czasem też sąsiadom. Sam zbudował traktor. Kazio wyjechał do technikum łączności do Krakowa. Co weekend wracał jednak ze szkoły na Podhale pociągiem, tak go cieszył dom. Helena z Bolkiem zaczęli wynajmować pokoje letnikom. Częstym gościem była zauroczona inteligencją Kazia nauczycielka fizyki z jego technikum, pani Renata. Przywoziła do Furmanowej swoje dzieci. Bawiły się razem z dziećmi Tylków. Ich przyjaźń trwa do dziś. Helena z mężem lubili chodzić na potańcówki. Gdy Bolek dostał pracę na kolejce na Gubałówkę, korzystali z zabaw urządzanych dla pracowników PKL-u. Chodzili też na festyny, których w dawnych czasach na Gubałówce było sporo.
20 sierpnia 1956 roku – Helena była wtedy w ciąży z drugim synem Andrzejem – na Furmanowej wybuchł pożar. Nie wiadomo od czego zapalił się dom Tylków, w samo południe. Wiał wiatr. Ogień pochłonął całe gospodarstwo. Spaliły się meble, wszystko, co mieli. Helena wspomina ten dzień jako jeden z najgorszych w swoim życiu.
Bronisława Tylkowa Amerykanowa, teściowa Heleny, na trzy miesiące trafiła do szpitala, tak miała poparzone ręce. Wyciągała z pożaru wszystko, co można było uratować, nie zważając na to, że płoną jej dłonie. Po pożarze znaleźli schronienie u Zubka. Tego samego, który produkował narty. Na szczęście udało się wybudować nowy dom. Oboje z mężem wzięli wtedy kilka kredytów, ledwo wiązali koniec z końcem, ale jakoś dali radę.
Dziś Helenę Tylkową najczęściej zobaczyć można siedzącą przed domem na Furmanowej. Na małym stoliku układa zrobione przez siebie góralskie skarpety, swetry, czapki. Czasem ktoś zostawi na jej podwórku samochód, idąc na wycieczkę pod wieżę telewizyjną. Do niedawna szczekał tu jeszcze pies, ale kiedyś urwał się i więcej nie wrócił. – Może wilki go zagryzły – zastanawia się pani Helena. Czasem, od święta, robi się tu gwarno, gdy cała rodzina się zejdzie. Razem próbujemy zliczyć, ilu to wnuków i prawnuków ma już Helena. Tak na szybko licząc, 20 wnuków i 17 prawnuków, ale dokładnie to nie wiadomo, bo część już poszła na swoje.

tekst: © Jurek Jurecki
foto: © Bartłomiej Jurecki

Fotografie prezentowane na tej stronie są chronione prawem autorskim. W razie zainteresowania proszę o kontakt.

2018 © Copyrights Bartłomiej Jurecki
Website design by britanniaweb.co.uk with a support of lovePoland.org