Helena Waliczek Borowo

Uśmiech czyśćcowych duszyczek

M

asz co jeść, to z drugim się podziel. Daj mu pieniądze na chleb. Ojca, matki słuchaj, módl się, a Bóg ci wszystko da, o co poprosisz.
– Tak mi Pan Bóg daje. Zdrowa, sprawna jestem. Ale ja modlę się codziennie. Teraz już do kościoła mogę chodzić, bo dawniej to była tylko robota, robota. Do kościoła to mogłam iść tylko w niedzielę. Do tego na św. Jana i adorację Serca Jezusowego. Dziś mam już więcej czasu, to sobie chodzę codziennie do kościoła – mówi z uśmiechem Helenka Waliczek Borowo. Patrzę w jej oczy. Widzę małą dziewczynkę, która nie odstępuje swej matki na krok. Jest tam, gdzie mama. W domu, w kuchni, w polu. Małymi grabkami grabi, małymi rączkami plewi, pomaga wyrywać osty z owsa. Żeby przy żniwach nie ranić drobnych dłoni przy stawianiu snopka, żeby tak nie kłuło przy wiązaniu powróseł. Ma kilka lat, a świetnie umie plewić grządki, wszędzie jej pełno, każdemu pomoże, jest na każde zawołanie matki i ojca. Właśnie wróciła z odpustu, podziwiała kolorowe kramy z zabawkami dla dzieci. Widzę te spracowane dłonie. Narobiły się przez 96 lat. Urodziła się w 1922 roku w Białym Dunajcu. Miała dwie siostry i trzech braci. – Tu się urodziłam i tu umrę. Za chłopa się wydałam w 1948 roku. Chłop też był stąd, sąsiad Józek z trzeciej chałupy. Nie dali mi nigdzie pójść, bo widzieli żem robotna, że pole mam duże – wspomina Helenka Waliczek. Ojca straciła na św. Józefa w 1940 roku, matka zmarła w 1962 roku. A męża pochowała 10 lat temu i jest wdową. I może w końcu odpocząć od tej roboty. Bo gazdówkę prowadzili do samego końca, do śmierci męża. Owiec mieli 30 i do tego 4 krowy. Niby razem gazdowali. Tyle że Helenka robiła, na jej głowie było całe gospodarstwo. Plus wychowanie i opieka nad 5 dzieci: Marysią, Zosią, Janką, Józkiem i Staszkiem. A Józek razem z kolegami siedział, fajeczki kurzył i ukwalował. – Rad se wódkę wypił, raz on postawił, raz koledzy, a ja do roboty. Syn Józek jest dziś w Ameryce, a Staś taki sam jak i ja. Miał operację na serce, a 10 krów trzyma i wciąż pracuje – kręci głową Helenka Waliczek. Do tego ponad dwa lata chodziła na służbę na Błociskach w Cichem. Do pana Jerzego Światłowskiego z Poznania. Miał kozę, którą musiała wydoić. Pan pił litr ciepłego mleka na śniadanie. Potem mu gotowała jedzenie z przepisów. To, co zalecił lekarz. Stąd wie, że koza ma cienkie mleko, śmietany mało. Nie tak jak gęste owcze mleko.
Dzieci jej gadają, że pewnie dożyje do 100 roków, bo taka jest sprawna. Synowi kobita umarła, a miała dopiero 62 lata. Pani Helenka podkreśla, że przedwojenne ludzie dobrze się trzymają, bo w biedzie rośli. – Płono byliśmy chowani. Jadło się kapustę i grulki omaszczone. Do tego maślankę czy mleko zsiadłe. Korpiele my warzyli do tego. Czasem ryż. Wiele się nie jadało. Pan Bóg mi wciąż zdrowie daje. W szpitalu nie byłam, nie chorowałam – podkreśla góralka.
Wspomina, że w dzieciństwie nie miała żadnej lalki, zabawek zero. – Nic my nie mieli. Trza było robić. Do pola się chodziło. W szerokie grządki koniem z pługiem ojciec jechał, ale jak wąskie grządki, to kopaczkami, grabiami my robili. Maszyn nie było, wszystko się rękami robiło. Owies i jęczmień się uprawiało – dodaje gaździna.
Butów nie było. Dlatego jak kto dostał buty, to je szanował. Boso chodził. Do cmentarza na Szaflarach się szło boso. Dopiero tam dzieci się obuwały. Żeby butów nie zedrzeć.
Ze śmiercią chciała chodzić, ale jej matka nie dała. Że żebrać nie będzie. Trzy dziewczęta chodziły i tak śpiewały: “Szła Śmiertecka z miasta, Pan Jezus do miasta. Dziewczęta ją niesą, o jajeczka proszą, dajcież nam ta, dajcież, co nam macie dać, bo nas nóżki bolą, długo przy was stać”. Lalką do okna tłukły, ludzie wpuszczali do środka. Pieniądze dostawały. – Kielo kto miał woli, telo dawał. Chodziły dawno, teraz nie ma tej mody – dodaje Helenka Waliczek. 
Zimą do kościoła 3 km chodziła z mamą. Do Szaflar, dopóki się kościół w Białym Dunajcu nie pobudował. Kapce trzeba było ubrać, majtki ciepłe i na roraty. Wstać trzeba było o 5 rano i półtorej godziny z latarnią dziewczynka brnęła do kościoła przez śniegi. – Rodziców trzeba słuchać, rodzice nigdy nie chcą źle dla dzieci – zaznacza Helenka Waliczek.
Jak wybuchła wojna, to uciekli do leśnej pasieki. Trzy noce koczowali pod kocami. – Jak droga do Gilów, to mam dwa pola w sznurku. Las. Straszyli, że Niemce wlezą i gardła podrzynać będą. Ale nikt tak nie robił, weszli i przeszli. Mieli piękne, ciemnopopielate odzienie. Chłopy piękne. Nie tak jak Ruski, brzyćkie ludzie. Wpadali do chałupy, wszytko zeżerali. Ogromnie głodni byli, ale strasznie brudne było wojsko. Śmierdziało od nich. Niemcy to czyści, buty im się świeciły. A Ruscy brudasy. Odzienia ubłocone, potem prześmierdli – wzdryga się na samo wspomnienie.
Pani Helenka lubi się zabawić. Jak idzie na wesele, to sobie pośpiewa. Prawdziwe wesele to radość. Dawniej tańczyło się polki, walce. Jak byli chłopcy, to brali panny do tańca. Jak były dziewki tylko, to baby z babami tańczyły, żeby nogi im nie ścierpły. Zabawy były piękne. Franek Ciaciany grał, Jasiek Sobański grał. I wszystko po góralsku. Mówi, że młode dziewczyny nic dziś nie umieją. – Żadna tak nie zaśpiewa jak ja. Nie uczą się, no, trochę w zespołach. Jak gęsie piórka my pruły, to za to nie było pieniędzy, tylko muzykę zamawiali, jedzenia dali. Wytańczyć się można było, wybawić – dodaje gaździna.
Modli się każdego dnia o powołania kapłańskie. Żeby nie brakło księży i zakonnych, bo jak księży zabraknie, to świat padnie. Modli się za tych, co poumierali, za dusze w czyśćcu cierpiące, co są do wybawienia. Trzeba je modlitwą wyciągać z czyśćca.
Młodzi, jak chcą, to usłuchają jej rady: jak się prawdziwy chłop ożeni, to babę ma szanować, dzieci dobrze wychowywać, żeby służyły Bogu i ludziom. Nie śmiać się z biednego. Widzisz biedę, to pomóż. Sama całe życie pomagała. Nieraz dawała ludziom na chleb dla dzieci. Jak jest z czego pomóc, to pomagaj. – U mnie zawsze parę groszy było. Mój mąż po piasek do Ludźmierza jeździł, piasek ludziom woził. Dużo od nas pożyczało pieniądze. Pożyczali i oddawali. Jeden tylko nie wrócił nic. Ale ja nie pójdę do Leszczyn się upominać – podsumowuje naszą rozmowę po odpuście w Białym Dunajcu.
Jutro też pójdzie do kościoła. Pomodli się i za siebie. O zdrowie, o dalszą opiekę Boga. Wstanie za piętnaście szósta. Bo choć dziś kościół bliżej, to nogi już nie tak wartko biegną. Więcej niż pół godziny do kościoła trza iść. Na siódmą zdąży.

tekst: © Rafał Gratkowski
foto: © Bartłomiej Jurecki,

Fotografie prezentowane na tej stronie są chronione prawem autorskim. W razie zainteresowania proszę o kontakt.

2018 © Copyrights Bartłomiej Jurecki
Website design by britanniaweb.co.uk with a support of lovePoland.org